The usual story

'' True Blood Love ''

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Historia bedzie gdzieś indziej :(
Tagi: .
20.06.2015 o godz. 11:16

Nigdy nikomu nie mówiliśmy, że widziałam śmierć Alice. Zatrzymałam się tuż przy nim. Twardo patrzyłam w oczy chłopakowi.
- Nie. Skąd wiedziałeś że widziałam jej śmierć.


Chapter four - Part one.


Ubrałam długą, czarną sukienkę. Włosy spięłam w kok, wysoko na głowie i wyciągnęłam trochę kosmyków po bokach. Wzięłam puder i lekko oprószyłam nim twarz, starając się przykryć ślady całonocnego koszmaru. Zawsze wracał. Codziennie taki sam. Płacz stał się już moim codziennym rytuałem. Spojrzałam w lustro. Spuchnięte oczy, całe czerwone. Tego dowodu nie da się ukryć.
Za chwilę pogrzeb. Odbędzie się w lesie, mama by tak chciała. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Zacisnęłam mocno powieki, żeby powstrzymać słoną ciecz. Wzięłam drżący oddech, powoli wypuszczając powietrze. Po chwili, usłyszałam kroki i lekkie pukanie do drzwi, tata stanął w progu mahoniowych drzwi. Założył czarny garnitur. Też miał opuchnięte oczy, ręce mu drżały. Przed chwilą przestał. Było mi go żal. Przeżywał śmierć mamy, tak mocno. W domu nikt z nas nie mówił o śmierci rodzicielki. Nie chcieliśmy otwierać, odrobinę zasklepionej rany. Przez moment, tylko staliśmy, patrząc na siebie.
- Już czas- Szepnął Andy i zniknął w mroku korytarza.
Ostatni raz spojrzałam na swoje odbicie. Nic już nie da się zrobić. Wzięłam torebkę i wyszłam. Nigdy nie myślałam, że pożegnanie ukochanej osoby, będzie tak bolesne.

Po ceremonii pogrzebowej, miała się odbyć mała stypa, tylko dla najbliższej rodziny. Ale podczas pochowku, kiedy z ust księdza padły ostatnie słowa mowy, tata nie wytrzymał. Coś w nim pękło. Zgiął się w pół, osunął na kolana i ukrył twarz w dłoniach. Cały drżał. Łzy spływały mu po policzkach, a on sam kiwał się w przód i tył. Nie potrafił tego powstrzymać. Płakał jak dziecko. Rozumiałam go, nawet za dobrze. Codziennie zamykałam się w pokoju i robiłam dokładnie to samo. Teraz, już umiałam powstrzymać łzy. Pełniłam teraz funkcję rodzica. Dbałam o to, żeby tata jak najmniej myślał o zmarłej ukochanej. Starałam się, jak mogłam. Pamiętam, jak kiedyś, dwa tygodnie po śmierci mamy, ugotowałam obiad. Usiedliśmy do stołu i zaczęliśmy jeść. Kiedy tylko pierwsza łyżka dotknęła moich ust, wiedziałam że jest za późno. Andy spróbował zupę i od razu wypluł. Po czym sięgnął po miskę, wziął zamach i z całej siły cisnął nią, przez cały stół we mnie. Wiedziałam że trafi. Nigdy nie chybił. Talerz z zadziwiającą siłą, uderzył mnie w prawy bok twarzy. Od razu poczułam, jak ciepła ciecz spływa po moim policzku i brodzie. Siedziałam tam, krew mieszała się z zupą w mojej misce, a ja bałam się wykonać jakikolwiek ruch. Ojciec nadal wściekły wyszedł z pomieszczenia. Po paru dniach przyszedł do mnie i objął.
- Wybacz mi, proszę – powtarzał w kółko.
Wybaczyłam. Zawsze to robiłam. Kilka szwów i zapomniałam o sprawie. Był mi potrzebny.
Dzisiaj, kiedy mija pół roku od śmierci mamy, w dniu jej pogrzebu, ja jestem mu potrzebna. Podeszłam do taty. Tuliłam go i głaskałam po głowie. Siedziałam z nim dopóki się nie uspokoił. Dopóki nie był w stanie usiąść. Pocieszałam przez te długie godziny na kolanach, cała zmarznięta. Zasługiwał na to.
Bo przecież, każdy w głębi duszy jest dzieckiem.

~ • ~

Chad powoli cofał się do tyłu, rozglądając nerwowo dookoła. Szedł do póki nie napotkał oporu - drzewa. Cały czas patrzyłam mu w oczy. Sprawiałam wrażenie groźnej i niebezpiecznej. Dłonie zacisnęłam w pięści. Miałam ochotę przyłożyć mu, w tę jego anielską twarz. Zauważyłam wystający zza krzewu metalowy pręt. Wzięłam go do ręki, cały czas obserwując chłopaka. Podniosłam zdobycz i uderzyłam nią o otwarty spód dłoni. Chciałam go przestraszyć. Chad zaczął podnosić ręce w geście obrony.
- Maya, proszę. Nie wiesz co robisz – w jego oczach widać było strach. Wiedział że teraz ja mam przewagę .W błękitnych tęczówkach coraz więcej pojawiło się przerażenia. – Spokojnie. Mogę to wytłumaczyć.
Zatrzymałam się wpół kroku. Zdziwienie na chwilę odebrało mi mowę. On naprawdę uważał mnie za idiotkę.
- Ty naprawdę myślisz, że dam ci uciec? – zapytałam – teraz, kiedy mogę wymierzyć sprawiedliwość? – Ale czy rzeczywiście byłabym zdolna go zabić? Pewnie nie. Obezwładnić, owszem. – Jesteś aż tak mało inteligentny, czy udajesz? – tym razem zdziwienie wpełzło na twarz Anioła – Nadal nie rozumiesz? Widziałam cię. Z okna, Chad.
Cisza wirowała wokół nas i zdawała się trwać wieczność. Wiatr ustał. Nie słychać było żadnego dźwięku. Powietrze momentalnie stało się gęste i ciężkie. Z wielkim trudem oddychałam. Serce biło mi jak oszalałe. Odwagi Maya. Mocniej zacisnęłam dłoń na pręcie. Czas zdawał się zwolnić i stanąć w miejscu.
Ciszę przerwał cichy chichot chłopaka, który z sekundy na sekundę, nabierał na sile i przeobrażał się w histeryczny śmiech. Chad złapał się za brzuch, prawie położył na ziemi. Byłam zmieszana i coraz bardziej rozdrażniona. Nie wiedziałam co go tak bawi. Kiedy, chłopak w końcu uspokoił się, stanął prosto i starając się mówić poważnie, powiedział:
- Zaraz, ty serio myślisz, że to ja zabiłem twoją matkę?

~ • ~

- Kurwa – nie miałem już cierpliwości do Mika – spóźniasz się! Gramy jeszcze raz!
Mike rzucił gitarę na podłogę i do mnie podszedł. Wycelował palec wskazujący w moją pierś.
- Stary, weź wyluzuj. Ten występ jest ważny, ale nie uprawnia cię do bycia dupkiem! – podniósł głos.
- O co ci właściwie chodzi? – nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego tak na mnie naskakuje.
- O co mi chodzi? O co mi chodzi?! Oto że zachowujesz się jak cholerny dupek. Tylko sława ci w głowie? Jedno kiwnięcie jakiegoś producenta muzycznego, a ty już olewasz i rozstawiasz po kontach najlepszego kumpla! Myślałem że jesteś inny. Długo tolerowałem to zachowanie, ale to koniec. Basta. Rozumiesz? – Mike odwrócił się do mnie tyłem – zadzwoń, jak się ogarniesz – i wyszedł z garażu.
Stałem sam, nadal z gitarą w ręku, próbując zrozumieć sens słów wypowiedzianych przez przyjaciela.

~ • ~

Uśmiech zniknął z ust Chada, tak nagle, jak się pojawił.
- Ty naprawdę tak myślisz – stwierdził.
Tym razem ja musiałam zacząć się cofać. Anioł wolno i zmysłowo podchodził do mnie. W innej sytuacji, śmiałabym się z tej ironii. Poczułam pod nogą korzeń, niestety niezbyt szybko. Potknęłam się i upadłam na ziemię. Moje jedyne poczucie pewności zniknęło. Pręt, jakby zapadł się pod ziemię. Szybko wstałam. Chłopak obserwował mnie. Już nie budziłam grozy. Czułam się niepewnie, w odwróconych rolach. Chad mrużył oczy, jakby raziło go słońce. Szczękę miał mocno zaciśniętą. Jego rysy, wyostrzyły się, a oczy pociemniały. Były prawie granatowe. Wolno przesuwałam się wzdłuż ogrodu, analizując dokładnie moją aktualną sytuację i próbując wymyślić jakikolwiek plan ucieczki. Niestety miałam za mało czasu, ponieważ poczułam za sobą zimny kamień. Mur. Cholera. Serce zaczęło mi bić jeszcze szybciej, niż do tej pory. O ile to możliwe. Upadły Anioł podszedł do mnie, tak blisko, że nasze ciała się dotykały, a oddechy łączyły w jeden. Oparł dłonie na murze, po bokach mojej głowy. Znowu się uśmiechał. Pochylił się do przodu i..


Chapter four - Part two.


Pogoda w Chicago, raczej należała do tych bardzo zmiennych. Po dwudniowych opadach deszczu, z godziny na godzinę, słońce potrafiło rozstąpić chmury i świecić jak gdyby nigdy nic. Zawsze mnie to fascynowało. W sumie, nie do końca wiem dlaczego.
Dzisiejszy poranek należał właśnie do takich dni. Mówi się, że po deszczu, zawsze przychodzi słońce. Ta mądrość, jak najbardziej sprawdza się w moim mieście. Otworzyłam szybę w samochodzie. Było ciepło i przyjemnie. Pogoda sprawiała, że prawie zapomniałam dokąd jedziemy. Cisza w samochodzie mnie przytłaczała. Od pogrzebu, tata nie odezwał się do mnie ani jednym słowem. Pierwszy tydzień się nie liczy. Nie spytał jak się czuję. Nie obchodziło go to, albo.. właściwie dlatego. Czułam się źle. Powoli przestawałam nad sobą panować. Tak trudno było pocieszać tatę, jednocześnie wybaczając wszystkie jego występki. Coraz częściej płakałam. Nocne koszmary, sprawiały że często nie potrafiłam odróżnić rzeczywistości, od złudzenia. Potrzebna mi osoba, której mogłabym się wyżalić. Teoretycznie to tata, a praktycznie, nikt. Dobijało mnie to.
Wjechaliśmy na parking komendy. Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam na ojca. Wzrok miał utkwiony w jakiś odległy punkt przed sobą. Zawsze to samo. Nie żegnając się, otworzyłam drzwi i poszłam w stronę budynku. Dzisiaj miałam wskazać sprawcę.

Weszłam do ogromnego holu, który rozwidlał się w cztery strony. Recepcjonistka powitała mnie promiennym uśmiechem.
- Cześć Meg – odwzajemniłam uśmiech.
- Witaj słoneczko.
Podeszłam do stojącego pod ścianą Boba. W ostatnim czasie, bardzo zbliżyliśmy się do siebie. Był dla mnie jak rodzina. Wspięłam się na palce i pocałowałam w policzek.
- Cześć stary druhu – drażniłam się.
Nie przepadał za określeniem ‘’ stary ‘’. Wolał powiedzieć w sile wieku. Zresztą, prowadząc taki tryb życia jak on, nie można użyć nawet tego określenia. Niejeden młody człowiek, mógłby połasić się na taką kondycję.
- Cześć kartoflana księżniczko – wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Pokazałam język Bobowi, po czym dałam kuksańca w bok. Zanim zdążył zareagować, wzięłam go pod rękę i weszliśmy w głąb korytarza.
Ściany pomalowane na wściekłą żółć, powoli odpadały razem z tynkiem. Powinni je odremontować. Zresztą, jak większość rzeczy w tym budynku.
- Na pewno mnie nie zobaczy? – zapytałam, mijając kolejne drzwi.
Idąc, rodziło się wokół mnie coraz więcej wątpliwości. Chudy policjant, pomimo wieku i drastycznie zmniejszającej się ilości włosów na głowie, był spokojny i nie zrażony milionem pytań, które zadałam w przeciągu paru minut. Bob się zatrzymał.
- Jestem pewny, na sto procent – odpowiedział – najwyżej ci pomacha – powiedział z udawaną powagą.
Zmrużyłam oczy i weszłam do gabinetu.

Wszyscy mężczyźni stojący za szybą, wyglądali przerażająco podobnie. Blond włosy, błękitne oczy, blizna. Każdy z nich trzymał tabliczkę z numerem. Tylko ona różniła ich od siebie. Przeszłam ponownie przez całe pomieszczenie, uważnie im się przyglądając. Wiedziałam czego szukam. Bob stał przy drzwiach, czekając aż wskażę sprawcę. Aż będzie mógł zakłuć któregoś w kajdany i wsadzić do paki. Zależało mu na tym, tak mocno jak mnie. Znał Alice. Byli dobrymi przyjaciółmi. Dla niego to też duża strata. Ale to jeszcze nie dzisiaj.
- Żaden z nich – powiedziałam smutno.
Dopiero jak wypowiedziałam te słowa na głos, poczułam ich moc. Dotknęłam skroni. Boleśnie pulsowała.
- Jak to? – dziwił się – to są wszyscy z blond włosami, błękitnymi gałami i jebaną blizną! – wskazał palcem mężczyzn, po czym podszedł do stołu i uderzył w niego pięścią całej siły – cholera jasna!
Za oczu spłynęła mi łza, zauważając to policjant podszedł do mnie i przytulił.
- Jest mi przykro. Tak cholernie przykro. – złapał mnie za ramiona i spojrzał w oczy – jutro zaczniemy od początku. Złapiemy tego gówniarza. Zobaczysz.
Wyswobodziłam się z objęć mężczyzny i wyprostowałam plecy. Fala złości mnie zalała.
- Obiecaj, że jak złapiecie tego sukinsyna, pierwsza go przesłucham – pierwsza odstrzelę mu ten jebany łeb, poprawiłam się w duchu.
- Oczywiście. Obiecuję, przyda mu się wykład, zanim przejdziemy do rzeczy.
Uśmiechnęłam się krzywo, bo przy mnie nie będzie miejsca na litość.

~ • ~

Chad pochylił się i lekko dmuchnął mi w szyję. Przeszedł mnie dreszcz. Niech to szlag! Przeklęłam się w duchu za taką reakcję. Nie mógł wiedzieć jak bardzo mnie pociąga. Jednak mimowolnie odwróciłam głowę, dając mu dostępno większej przestrzeni szyi. Lekkie dmuchanie szybko przerodziło się w delikatne pocałunki. Jęknęłam. Nie potrafiłam się oprzeć, ale musiałam. Bez znaczenia jak bardzo niesamowity jest Chad.
- Nie jestem zabójcą, kochanie – szeptał uwodzicielsko – jestem zwykłym mężczyzną, którego bardzo pociągasz.
Podniósł głowę, tak by nasze spojrzenia się złączyły, sprawiając że uwierzyłam w te słowa. Mówił poważnie, a ja nie umiałam dostrzec w błękitnych oczach, choćby szczypty kłamstwa. Tylko błysk, nic więcej. Zbliżył twarz, tak blisko, że prawie dotykaliśmy się nosami. Jakaś siła ciągnęła mnie do niego, ale inna ostrzegała. Nie znam go. Jednak wojowniczka we mnie gdzieś zniknęła. Uległam. Zamknęłam oczy. Wiem, że głupio robię, ale pragnęłam go. Przyciągnęłam chłopaka do siebie, chcąc złączyć nasze usta w pocałunku. Ale Chad go nie odwzajemnił. Otworzyłam oczy. Patrzył na mnie ze zdziwieniem malującym się na twarzy. Anioł potrząsnął głową.Otworzyłam usta w zapytaniu. Chłopak uciszył mnie, tłumiąc słowa i mocno przyciskając do muru, tym razem odwzajemniając pocałunek.

~ • ~

Obudziło mnie walenie w drzwi. Wstałam, zapaliłam lampkę i spojrzałam na zegar. 1:05. Ubrałam szlafrok i zeszłam do drzwi. Wyjrzałam przez wizjer. Po drugiej stronie zobaczyłam przemoczonego Mika. Wściekłość emanowała od niego. Trochę się przestraszyłam, widząc go w takim stanie.
- Reb otwieraj! – walił jeszcze mocniej – Reb, otwieraj do cholery!
Drżącą ręką sięgnęłam do zamka i przesunęłam go. Wejście otworzyło się z hukiem. Klamka, uderzyła o ścianę, uszkadzając ją. Chłopak stał w progu z pięściami mocno zaciśniętymi. Uważnie przyglądał się mojej twarzy. Nie udało mi się ukryć strachu. Cofnęłam się o krok. Jego rysy nagle złagodniały. Opuścił głowę, rozprostował palce i włożył ręce do kieszeni.
- Mogę wejść? – wybełkotał.
Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Kiwnęłam głową i odsunęłam się, udostępniając wejście chłopakowi. Obserwowałam jego ruchy. Ściągnął kurtkę i rzucił ją na sofę w salonie. Spojrzał na mnie, znowu zdenerwowany.
- Co się tak gapisz? Zamykaj drzwi! – wrzasnął.
Coraz bardziej przestraszona, zamknęłam dębowe wejście. Do czego Mike jest zdolny? Podeszłam do chłopaka, pociągając nosem.
- Jesteś pijany? – zapytałam nie owijając w bawełnę.
- Że co?
- Pytałam, czy jesteś pijany – zamknęłam oczy.
Wilson złapał mnie za podbródek i pociągnął do góry.
- Patrz na mnie, jak mówisz!
Łza spłynęła mi po policzku, teraz wiedziałam że pił.
- Jesteś pijany – stwierdziłam cicho.
Chłopak zrobił wielkie oczy, puścił moją twarz, po czym wymierzył mi mocne uderzenie w policzek. Zatoczyłam się do tyłu. Upadłam. Złapałam się za pulsującą i za pewne czerwoną skórę. Jak on mógł? Wstałam.
- To koniec – szepnęłam i wybiegłam z mojego własnego mieszkania, cała we łzach.


~ • ~


W końcu dodałam czwarty rozdział. Jest trochę dłuższy, dlatego podzieliłam go na dwie części. Bardzo dziękuję tym osobą, które czytają moje opowiadanie i czekały na ten rozdział. Jesteście kochane!

A teraz bardzo, bardzo, bardzo chcę Wam podziękować za komentarze, pod poprzednim rozdziałem ♥ Dzięki nim, piszę dalej :)

Przepraszam za błędy, staram się je poprawiać.

15 komentarzy = następny rozdział :)


Udanego tygodnia,
Jess ♥


Tagi: Chapter four
25.08.2014 o godz. 12:26

CZYTASZ = KOMENTUJESZ
DLA MNIE TO BARDZO DUŻO ZNACZY


Pozytywnie nastawiona poszłam za tatą w głąb Sali. Jednak moje szczęście nie trwało długo, kiedy zobaczyłam, że synem dyrektora jest obiekt westchnień wszystkich dziewczyn na balu.


Policja była wszędzie. Dosłownie. Sanitariusze chodzili po całym domu i ogródku. Podchodzili do ciała w salonie, dopóki karawaniarz go nie zabrał. Najgorsze były te wszystkie pytania zadawane przez mężczyznę w średnim wieku, chyba Boba.
- Pamiętasz jak wyglądał? – zapytał chyba po raz setny w ciągu tego dnia.
- Blond włosy. – odpowiadałam za każdym razem, kiedy ktokolwiek pytał.
- A coś innego? Ubranie, oczy. – Bob cierpliwie czekał, aż przestanę kręcić się na krześle i odpowiem. Kiedy opuszczę krainę mojej wyobraźni, przewijając straszny film od początku i początku.
- Blond włosy.
Oficer wypuścił cicho powietrze.
- Chyba na dzisiaj wystarczy – zwrócił się do taty – proszę zadzwonić, jakby coś sobie przypomniała – po chwili wahania dodał – przykro mi, Andy.
Podniósł lekko czapkę na znak pożegnania. Wszyscy wiedzieli, że to będzie trudny czas dla obojga Roberts’ów.


- May - tata zaczął łagodnie – wiesz, że możesz pomóc policji znaleźć tego zabójcę. Jesteś jedynym świadkiem. Możesz pomóc wymierzyć sprawiedliwość – ojciec niemal błagał.
Ja siedziałam i patrzyłam się przez okno, gdzie Alice Roberts bawiła się ze mną w chowanego, zbierała kwiaty. To nigdy już nie powróci. Ta myśl krążyła wokół mnie całymi dniami.
- Córeczko, zrób to. Będzie Ci lepiej. Spróbuj sobie przypomnieć. Zrzuć z siebie ten ciężar. – Andy nalegał.
Wiedziałam, że muszę to zrobić. Dla mamy. Ale nie mogłam sobie nic przypomnieć, oprócz tego co powiedziałam. Nic. Pustka.
- Jak był ubrany? – tata zaczął tę grę od początku, jednak odpowiedziała mu jedynie cisza. – Miał czapkę? Jakie miał oczy? Jakiego były koloru?
- Niebieskiego. Jak ocean. – pierwszy raz od tygodnia wypowiedziałam słowa, które miałam w pamięci. Które w końcu udało mi się wyciągnąć ze wspomnień.
Tym razem tata zamilkł. Po chwili wstał, wziął telefon i wyszedł do holu. Mimo że był daleko, słyszałam każde słowo wypowiedziane przez niego.
- Bob? Maya się odezwała! Tak. Mówi że miał niebieskie oczy. Jak ocean. Tak. Blondyn z niebieskimi oczami. Cholera, dużo takich sukinsynów. Co robimy? Dobra, dzięki. No, pa.
Ojciec przyszedł z powrotem do mnie i usiadł na kanapie. Wiedział, że ta informacja niewiele pomogła w szukaniu sprawcy. Mimo wszystko przytulił mnie.
- Widzisz? Jesteśmy coraz bliżej. – szeptał – przypomnij sobie coś jeszcze.
Jeszcze raz przypomniałam sobie twarz chłopaka. Tym razem starając się jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek. Blond włosy, niebieskie oczy.
Nagle wstałam gwałtownie, zrzucając koc z kolan. Zdziwiony Andy patrzył na mnie i żądał wyjaśnień. Ale ja nie zwracałam na niego uwagi.
Tak, tego potrzebowałam. Myśli, która zawsze była w mojej głowie, ale nigdy na tyle blisko, żebym mogła ją złapać i przypomnieć sobie. Nadszedł ten czas. Tym razem była naprawdę blisko. Ukucnęłam przy oknie, złapałam się za głowę. Krzyknęłam.
Nadeszła ta chwila, na którą czekałam tak długo. Ta jedna rzecz, która pozwoli złapać zabójcę. Taka mała, a tak bardzo ważna. Czułam jak przez moje ciało przebiega dreszcz, napina się. Momentalnie drżenie ustaje, ciało rozluźnia. Wstałam i położyłam dłonie na szybie. Już wiedziałam. Zobaczyłam ją tylko dlatego że wiatr podniósł blond włosy do góry.
Blizna na czole.

~ • ~

Podeszliśmy do dwóch wysokich mężczyzn. Dyrektor, pulchny, ale nie za bardzo z rumianymi policzkami. Syn, szczupły, umięśniony ze złotą skórą. Gdybym nie wiedziała, że są rodziną, nigdy bym
ich o to nie podejrzewała. Chociaż jeżeli człowiek by się przyjrzał, było jedno podobieństwo, które ich łączyło. Oczy. Te same piękne, błękitne oczy. Wyglądali jakby byli zdenerwowani. Starszy wycierał się chusteczką po twarzy, co jakieś trzy minuty.
Zatrzymaliśmy się naprzeciwko gospodarzy. Przez chwilę staliśmy w krępującej ciszy. Pierwszy przerwał ją dyrektor.
- Witamy, panie Andy, panno Roberts..- zaczął
- Maya. – uściśliłam – proszę mi mówić Maya – uśmiechnęłam się słodko.
- A więc, panno May. – wziął moją rękę i podniósł do ust. Następnie pocałował. Puścił moją dłoń i spojrzał mi w oczy
- Bardzo miło mi panią poznać.
- Mnie również. – uznałam, że mimo iż jest to kłamstwo, powinnam odpowiedzieć- z grzeczności.
- Chciałbym przedstawić wam mojego syna. – objął ręką chłopaka i popchnął lekko do przodu – To jest Chad. Przyszły dyrektor firmy Technology & Knowledge – znowu się uśmiechnął. Był dumny jak paw.
Czułam na sobie spojrzenie chłopaka. Obserwował mnie. Chciał obaczyć moją reakcję.
Podałam mu dłoń, którą uścisną. Już miałam odetchnąć z ulgą, ale wziął ją do ust i złożył na niej lekki pocałunek. Tak delikatny, że zastanawiałam się, czy nie uroiłam go sobie w głowie. Usta miał jak jedwab. Czułam jak krew napływa mi na policzki i wyrwałam rękę, odwracając wzrok od Chada.
Tata popatrzył najpierw na zarumienioną idiotkę – mnie, później na upadłego anioła – Chada.
- Może przejdziecie się po ogródku ? – zaproponował.
Spojrzałam na ojca i przymrużyłam oczy, w wyrazie gniewu.
- To bardzo dobry pomysł – przytaknął dyrektor – niech młodzi lepiej się poznają.

~ • ~

- Tak tato, dzięki. Właśnie tego potrzebowałam. Chodzenia po ogrodzie z jakimś cholernym nieznajomym – mruknęłam do siebie – cholernie przystojnym nieznajomym.
- Słucham? – Chad miał przyjemny głos.
- Nie nic, nic – nie miałam ochoty rozmawiać, chociaż z drugiej strony musiałam wiedzieć kto to jest i dlaczego kogoś mi przypomina.
Zatrzymaliśmy się i usiedliśmy na ławce za żywopłotem. Ogród był piękny, szczególnie wieczorem. Woń kwiatów unosiła się w powietrzu. Pociągnęłam nosem. Róże. Kolorowe światła oświetlały biały budynek.
- A więc, to ty jesteś tą utalentowaną córką – zagadnął Chad, grzebiąc butem w ziemi
- Co to ma znaczyć? – nie byłam pewna co ma na myśli
- No wiesz, wszyscy w firmie taty mówią o tobie. – podniósł głowę i spojrzał przed siebie
- Nie wiem o czym mówisz. Ładnie tu, prawda? – próbowałam zmienić temat
- Nie bądź taka skromna, podobno śpiewasz jak anioł.
Oderwałam wzrok od paznokci i gwałtownie podniosłam głowę. Spojrzałam na chłopaka.
On też obrócił głowę. Nasze spojrzenia się spotkały..
- Tak słyszałem – wzruszył ramionami. Znowu odwrócił głowę, tym razem bawiąc się pierścieniem na jednym z jego palców. – zaśpiewasz kiedyś dla mnie?
- Proszę? - myślałam że się przesłyszałam
- Czy zaśpiewasz kiedyś dla nas.
- Nie wiem. Może. – Ale bardzo w to wątpię, powiedziałam w duchu.
Rozmowa się jakoś nie kleiła, dlatego postanowiliśmy znowu ruszyć na spacer. Chodziliśmy wokół oczek wodnych, jabłoni i innych naprawdę pięknych roślin. Co jakiś czas ciszę przerywał anioł jakimś żartem. Innym razem pytaniami. Za każdym razem odpowiadałam zgodnie z prawdą. Nie było sensu kłamać. Już się sama pogubiłam, jakie kłamstwo komu powiedziałam. To dziwne, ale coś było w tym chłopaku. Coś, co sprawiało że nie bałam się powiedzieć prawdy. Oprócz tego był naprawdę uroczy. To w jaki sposób próbował zaimponować dziewczynie, rozmową. Miła odmiana.
- Musi ci być ciężko. – zatrzymaliśmy się koło brzozy. Oparł się o korzeń, krzyżując ręce, cały czas obserwując moje ruchy.
- Nie rozumiem. – Ukucnęłam i zaczęłam skubać równo przystrzyżoną trawę
- No bez matki. Widzieć jej śmierć, to musiało być straszne.
Znieruchomiałam. Skąd on wiedział? Nie miał prawa wiedzieć.
- Skąd wiesz..
- Tata mi powiedział o śmierci – opuścił ręce i stanął prosto – przepraszam jeśli..
Podniosłam głowę i wstałam. Zaczęłam wolno podchodzić do Chada. Umilkł. Powoli przetwarzałam informacje, których mi udzielił. Minęło parę lat i nigdy nie znaleziono sprawcy. Nigdy nikomu nie mówiliśmy, że widziałam śmierć Alice. Zatrzymałam się tuż przy nim. Twardo patrzyłam w oczy chłopakowi.
- Nie. Skąd wiesz że widziałam jej śmierć.

~ • ~


Na początek chciałabym podziękować za 15 komentarzy pod poprzednim rozdziałem! Bardzo dziękuję! To dla mnie dużo znaczy. ♥
I oto jest trzeci rozdział. Mam nadzieje, że wciągnął Was na tyle żeby czytać moje opowiadanie dalej :)
Teraz wyjeżdżam, więc czwarty rozdział będzie dopiero jak wrócę. Chyba 26 :) Mam nadzieje, że będziecie chcieli czekać.

Nowy bohater: Harry Diaz, ojciec Chada. :D



Słonecznego dnia :)
Jess.

14.08.2014 o godz. 10:36

CZYTASZ = KOMENTUJESZ
DLA MNIE TO BARDZO DUŻO ZNACZY



Miał jasne blond włosy, cerę gładką. Oczy koloru najczystszego oceanu. Powiedzenie, że był przystojny, byłoby niedopowiedzeniem. Błysk w oku.
Wiedziałam, że gdzieś go już widziałam, ale gdzie ?


Właśnie kończyłyśmy przygotowywać kanapki na przyjęcie, kiedy usłyszałam trzask na górze. Spojrzałam na mamę, która wyraźnie się przestraszyła.
- Zostań tu. – nakazała
- Ale.. - protestowałam
- Zostań! – ucięła i wybiegła z kuchni.
Siedziałam na kuchennym krześle całkiem przerażona. Jeszcze nigdy nie widziałam mamy tak przestraszonej. Bałam się o nią. Postanowiłam pobiec i jej pomóc.
Cicho zeszłam na podłogę, starając się przy tym nie tupać i poszłam w kierunku schodów. Wiedziałam które stopnie w naszym domu skrzypią, dlatego weszłam po nich nie wydając żadnego dźwięku
- Zostaw! - Usłyszałam krzyk mamy w sypialni.
Serce zaczęło mi bić szybciej, a ręce pocić. Teraz, jak już byłam na szczycie nie wiedziałam czy wejść do sypialni. Lęk mnie obezwładnił.
Postanowiłam być dzielna i pomóc rodzicielce. Podeszłam do drzwi, które były lekko uchylone, wzięłam głęboki wdech.
Weszłam.

Z początku pokój wydawał się cały, no właśnie z początku. Bo gdy weszłam głębiej, dopiero wtedy zobaczyłam jak duże są zniszczenia. Ściany podrapane, jakby stado rozwścieczonych kotów po niej przebiegło. Tynk na podłodze. Krew na ścianie. Serce mi się ścisnęło, miałam gulę w gardle. Weszłam głębiej, żeby zobaczyć co wywołało takie zniszczenia. Przeszłam przez zakręt i nagle się zatrzymałam. Teraz wiem, że ze strachu. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Potrafiłam tylko stać i się patrzeć na leżącą dwa metry ode mnie postać. Zmusiłam kończyny do ruchu i podeszłam do niej. Kiedy już byłam dostatecznie blisko, zobaczyłam kto jest w tej walce ofiarą. To odkrycie zwaliło mnie z nóg i upadłam na podłogę obok ciała.
Tą ofiarą była moja mama.

- Mamo, mamo ! – krzyczałam, szturchając mocno kobietę. – Mamo ! mamusiu. – załkałam
Wiedziałam, że nie żyje, ale nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Za bardzo tego nie chciałam. Nie ona. To musi być pomyłka. Nie ona!
Skuliłam się na podłodze i pozwoliłam łzą płynąć po rozgrzanych policzkach.
Wtem, usłyszałam kroki.
Gwałtownie obejrzałam się za siebie. Zobaczyłam wyskakującą przez okno postać. Szybko wstałam i pobiegłam za nią. Niestety byłam zbyt wolna. Zobaczyłam tylko oddalającego się człowieka, co chwilę obracającego się, jakby bał się że ktoś go goni. Ale dzięki temu mogłam dojrzeć jego twarz. Przez sekundę popatrzyliśmy sobie w oczy.
Dlatego ostatnią rzeczą jaką zobaczyłam przed zemdleniem, były blond włosy i błysk w oku.

~ • ~

Ojciec podszedł do mojego stolika z bardzo niezadowoloną miną. Jego idealnie skrojony garnitur wydawał się odrobinę za duży, chudł. Od śmierci mamy wpadł w depresję. Zaczął mniej jeść. Bardzo przeżywał to przeżywał. Kochał ją. Myślałam że już jest dobrze. Myliłam się. Ojciec tylko udawał, grał.
Teraz, kiedy podchodził do mnie stanowczym krokiem, emanowała od niego pewność , a zarazem gracja, której brakuje innym. Widać było, że jest kimś ważnym. Kiedy w końcu doszedł do mnie. Stanął i położył dłoń na skroni. Następnie spojrzał na mnie z litością.
- Maya…- zaczął – co ja mam z tobą zrobić ?
Popatrzył na opróżnione kieliszki po alkoholu, leżące na stole.
- Tato..- Podniósł rękę, nakazując mi milczenie.
– May, ile ?- wskazał na puste naczynie.
- Ja…- znowu mi przerwał
- Ile.
- Nie wiem, nie liczę. – odburknęłam
- Ile wypiłaś do cholery! – podniósł głos. Rzadko to robił. Postanowiłam nie oszukiwać go.
- Osiem – powiedziałam cicho
- Słucham ? – niedowierzanie pojawiło się na jego ogolonej twarzy.
- Osiem ! – ja też podniosłam głos, ale w przeciwieństwie do taty robiłam to częściej.
- Jezu, Maya..- był załamany – Osiem ? Masz dopiero szesnaście lat ! W ogóle nie powinnaś pić. No może jeden, góra dwa kieliszki, ale osiem ?
Było mi wstyd, przeholowałam. Wiedziałam o tym. Skinęłam głową.
- Przepraszam tato.
Andy spojrzał mi w oczy i westchnął.
- Dobrze, mam nadzieje że to się więcej nie powtórzy. – uśmiechnął się kojąco – a teraz, chciałbym żebyś kogoś poznała.
Przed oczami stanął mi obraz z przeszłości, kiedy ojciec wypowiedział te same słowa, a później jakiś osiemdziesięciolatek, próbował mnie obmacywać.
- Ale tato.. – zaczęłam protestować
- Żadnych ale, musisz odpokutować swoje czyny, Zresztą ten chłopak bardzo chce Cię poznać. To jest syn dyrektora. – uśmiechnął się znacząco – bardzo przystojny syn dyrektora.

~ • ~

Obudził mnie zapach świeżo palonej kawy. Wyciągnęłam się na łóżku i ściągnęłam kołdrę. Cały czas byłam w ubraniach. Kiedy zasnęłam ? Czas wstawać, Mike na pewno już coś pichci w kuchni. Ściągnęłam Sweter z krzesła i włożyłam na siebie, kierując się w stronę pomieszczenia.

Weszłam do kuchni i zobaczyłam chłopaka stojącego przy kuchence, mieszającego coś. Chyba usłyszał że wchodzę, bo odwrócił się i uśmiechnął.
- Cześć kochanie, wyspałaś się ? – w jego głosie było słychać troskę – spałaś tylko godzinę.
Spojrzałam na zegar kuchenny. 22:07
- Cześć, tak. Dzięki.
- Kawy ? – wskazał na dwa parujące kubki, pełne czarnej cieczy.
Pokiwałam głową. Odszedł od patelni i podał mi jeden. Różowy w białe kwiatki, mój ulubiony.
- Co tak cudownie pachnie ? – zagadnęłam
- Jajecznica ze szczypiorkiem, grillowany bekon i grzanki z masłem czosnkowym.
Uśmiechnęłam się od ucha do ucha, wiedział jak mnie udobruchać.
Widząc to Mike, także się uśmiechnął.
- Zadowolona ?
- I to jeszcze jak.
Nadal uśmiechnięty obrócił się i wrócił do smażenia.

~ • ~

Bardzo przystojny ? Od kiedy tata używa takich słów ?
Spojrzałam na Andy’ego podejrzliwie.
- No co ? chce Cię poznać – usnuł ręce w obronnym geście.
Westchnęłam.
- I tak nie mam wyboru
Ojciec pokiwał głową..
W głębi, może nawet się cieszyłam. W końcu poznam chłopca w moim wieku, do tego przystojnego. Uśmiechnęłam się.
Pozytywnie nastawiona poszłam za tatą w głąb Sali. Jednak moje szczęście nie trwało długo, kiedy zobaczyłam, że synem dyrektora jest obiekt westchnień wszystkich dziewczyn na balu.


~ • ~

Na początek chciałabym podziękować za miłe i bardzo motywujące komentarze, pod poprzednim rozdziałem ! Dziękuję! ♥
No i jest drugi rozdział :) Mam nadzieję, że również się Wam spodoba :3 Trzeci rozdział dodam pod koniec tygodnia, ponieważ w sobotę wyjeżdżam na tydzień ;) Ale zaraz jak wrócę z wyjazdu, dodam czwarty :*

Udanego i słonecznego tygodnia !
Jess ♥


Bohater : Andy Roberts. ;)



Tagi: Chapter two
11.08.2014 o godz. 09:26

CZYTASZ = KOMENTUJESZ
DLA MNIE TO DUŻO ZNACZY


Dwa tygodnie wcześniej.


Kochałam przyjęcia, nieważne czy były z okazji urodzin, zaręczyn, albo bez konkretnego powodu. Zawsze cieszyły mnie tak samo. Dlatego często sama je organizowałam. Przychodziły wszystkie zabawki. Te z mojego pokoju, jak i te z lewego skrzydła - bawialni. Co prawda te drugie miały dłuższą drogę do pokonania, ale mimo to zawsze były na punktualnie.
Razem z mamą robiłyśmy kolorowe ozdoby. Miałyśmy przy tym na prawdę dużo frajdy. Cały czas się śmiałyśmy. Mama kiedyś mi powiedziała, że każdy w głębi duszy jest dzieckiem. Patrzenie na roześmianą rodzicielkę, utwierdzało mnie w tym przekonaniu.
Najbardziej z całych przygotowań lubiłam, jak mama mnie malowała. Robiła to z dużą precyzją i efektem mistrza. Kiedy wierciłam się na krześle w sukience, która miała tyle falbanek, że spokojnie starczyło by ich na owinięcie naszego domu, nic nie mówiła. Mama też się przebierała. W długiej granatowej, jedwabnej sukience i cynamonowych włosach, wyglądała jak prawdziwa księżniczka. Była piękna. Miała orzechowe oczy, przed którymi nie można było nic ukryć.
Kiedy wszystko było gotowe, tańczyłyśmy. Wirowałyśmy w kółko. Długimi godzinami śpiewałyśmy i jadłyśmy kaloryczny tort. Na prawdę kochałam te przyjęcia, do czasu kiedy..

Koszmarna rzeczywistość wyrwała mnie ze szponów wspomnień, które tak bardzo bolały.
Otworzyłam oczy, nawet nie zdając sobie sprawy, że je zamknęłam. Zamrugałam parę razy, żeby powstrzymać gorące łzy. Nie mogłam płakać. Nie teraz. Nie tutaj. Wzięłam głęboki wdech, powoli wypuszczając powietrze. To niesamowite, jak bardzo jedno wydarzenie może zmienić człowieka.
Teraz siedziałam przy jednym z okrągłych stolików w dużej sali bankietowej, na jednym z przyjęć dyrektora jakiejś firmy. Tata jako jej prezes, musiał być na balu. Wszyscy chcieli poznać utalentowaną córkę prezesa, dlatego zabierał mnie ze sobą, tłumacząc że przyda mi się trochę rozrywki. Starał się, wiem. Ale wiedział, że ich nie lubię. Przez większą część wieczoru podchodzili do mnie różni ludzie, podawali dłoń - którą ściskałam, albo całowali w policzek. Zawsze odpowiadałam na różne pytania. I tak w kółko.
Tym razem jednak, tłumacząc się bólem głowy, siedziałam na krześle, pijąc kolejne kieliszki białego wina i rozglądając się po sali. Parę par tańczyło na parkiecie, robiąc przy tym zabawne ruchy. Poprawiłam się na krześle, żeby lepiej widzieć zebranych gości. Przyglądałam im się uważnie, szukając choćby jednej osoby w moim wieku, a nie czterdzieści plus. Po chwili znalazłam grupkę wystrojonych dziewczyn, nie. Wystrojonych to zbyt łagodne określenie. Do nich pasuje raczej, panie lekkich obyczajów. Sukienki groziły popruciem i aż prosiły się o zdjęcie. Jak one w tym oddychały ? Umiem pierwszą pomoc, w razie konieczności ? Wyobraziłam sobie całą i wyglądała co najmniej komicznie. Wzięłam kolejny kieliszek z tacy przechodzącego kelnera, tym razem z szampanem, a następnie przymrużyłam oczy, szukając obiektu zainteresowania tych dziewczyn.
Wtedy go zobaczyłam i nie mogłam uwierzyć.

~ • ~


Rebeca siedziała na przeciwko kanapy, zmieniając szybko kanały w telewizji.
Jak mogła mnie znowu nie wziąć na przyjęcie ?
- Spokojnie kochanie, bo zepsujesz. - Mike wziął ode mnie pilota.
- Jak mam być cholera spokojna ? - spojrzałam na niego zła, przymrużając powieki.
- Przecież wiesz, że nie mogła.
- Wiem. - ogarnął mnie smutek, wiedziałam że May nie mogła mnie wkręcić na imprezę. Ale ja tak bardzo tego chciałam. Jako dobra przyjaciółka, powinna chociaż spróbować.
- Chodź tu. - rozkazał chłopak, przyciągając do siebie.
Mimowolnie uśmiechnęłam się do niego. Przytulił mnie. Uwielbiałam kiedy to robił, czułam się wtedy bezpieczna.
- Pewnie ma mnóstwo zabawy. - żaliłam się
- Ja też znam parę zabaw. - powiedział szarmancko.
Podniosłam głowę z jego ramienia i spojrzałam w te piękne oczy, koloru zielonego mchu.
Mike przyciągnął mnie do siebie i złączył nasze usta w pocałunku. Nie protestowałam. Włożyłam sporo siły, żeby mu go oddać.
Kochałam go, co do tego nie miałam żadnych wątpliwości.

~ • ~


Miał jasne blond włosy, cerę gładką. Oczy koloru najczystszego oceanu. Powiedzenie, że był przystojny, byłoby niedopowiedzeniem. Błysk w oku.
Wiedziałam, że gdzieś go już widziałam, ale gdzie ?

~ • ~

No i jest pierwszy rozdział :D Może nie wciąga, ale drugi będzie lepszy. Będzie się działo. Okaże się, że tajemniczy chłopak ma coś wspólnego z pewnym wydarzeniem ;) Domyślacie się ? :)

Nowy bohater: tajemniczy znajomy-nieznajomy ( wiem kolor włosów się nie zgadza ) ;p



Miłego wieczoru,
Jess ♥






Tagi: Chapter one
07.08.2014 o godz. 18:29


CZYTASZ = KOMENTUJESZ
DLA MNIE TO DUŻO ZNACZY



Maya Roberts- Niebieskooka szesnastolatka z zaplanowaną całą przyszłością - dosłownie. Ma bogatych rodziców, którzy kupują jej wszystko. Z pozoru Maya wydaje się szczęśliwą dziewczyną. No właśnie, z pozoru. Bo prawda jest szokująca i zupełnie inna. Chodzi do liceum. Mieszka z rodzicami w Chicago. Ma kota, młodszą siostrę, lubi śpiewać - jest na prawdę dobra.




Rebeca ''Reb'' Morgan- Najlepsza przyjaciółka May, także szesnastoletnia. Kocha tańczyć, to jest jej życiowa pasja,z którą wiąże przyszłość. Jest zwariowana, ale jak trzeba lojalna. Mieszka z matką - ojciec je zostawił, gdy miała 4lata. Musiały zacząć życie od początku w Chicago. Przyzwyczaiła się już i nawet polubiła. Ma chłopaka- Mika.



Erik Night- Ma szesnaście lat i niezłe osiągnięcia w świecie show biznesu, wraz ze swoim zespołem ''Big Boys''. Jego całym światem jest muzyka, całymi wieczorami ćwiczy w garażu. Chce być najlepszy. Rodzice Erika też są muzykami, często wyjeżdżają w trasy. Ma młodszą siostrę- Alice, uroczą blondynkę z niebieskimi oczami. Mówi że w jego życiu nie ma miejsca dla kobiet, ale skrycie podoba mu się Maya, ale jest jego przyjaciółką i nie chce tego zepsuć.



Mike Wilson- Najstarszy z czwórki przyjaciół- ma siedemnaście lat. Gra w zespole Erika, ale w przeciwieństwie do niego nie jest zacięty na sławę. Lubi pograć dla swojej dziewczyny, Reb. Drugim jego nieprzeciętnym talentem jest gotowanie. Całe poranki, właściwie cały wolny czas jaki ma przeznacza na gotowanie. W odróżnieniu od reszty paczki wychował się bez rodziców. Nie ma z tym problemu, ponieważ mieszka ze starszym bratem- Alexem, wysokim brunetem.





~ • ~

No i nareszcie jest ;) Rozdział pierwszy dodam za kilka dni, obiecuję :) Pewnie w weekend.
Mam nadzieje, że bohaterowie się spodobają i będziecie czytać opowiadanie :D

Cieplutkie pozdrowienia, Jess ;*

Tagi: Bohaterowie
06.08.2014 o godz. 15:29

CZYTASZ = KOMENTUJESZ
DLA MNIE TO DUŻO ZNACZY



Ból
Zimno
Ból
Jezu, jak cholernie zimno

Powili otworzyłam oczy. Świat mi zawirował, zamknęłam powieki. Wzięłam głęboki wdech, od razu tego pożałowałam. Płuca paliły mnie żywcem, czułam jakbym miała w środku ogień. Może rzeczywiście tak było, może nadszedł na mnie czas. Próbuję znowu otworzyć oczy. Obraz ponownie zaczął się kręcić, ale wytrzymam. Muszę. Muszę wiedzieć gdzie jestem. Świat zwolnił. Doszłam do wniosku, że lezę na chodniku. Dlatego mi tak zimno. Muszę usiąść. Muszę. Delikatnie podnoszę głowę, nie zwracając uwagi na przeszywający ból. Podnoszę nogi i ręce, które momentalnie odmawiają posłuszeństwa. Upadam. Klnę. Ponawiam próbę, z całkiem niezłym rezultatem. Siedzę, plecy opierając o chłodny mur. Rozglądam się dookoła. Jest ciemno, ulicę oświetla tylko jedna latarnia, tuż nade mną. Niezbyt podoba mi się że jestem widoczna. Nie jestem w stanie stwierdzić gdzie jestem, wspomnienia poprzedniego dnia zlewają się w dużą plamę, nic z nich nie rozumiem, nie pamiętam. Dopiero teraz czuję pieczenie w lewej ręce. Automatycznie na nią patrzę. Jest cała czerwona, zaczyna mrowić. W głowie znowu zaczyna mi szumieć. Po chwili mój wzrok przykuwa, mały przedmiot leżący przy mojej nodze. Zaciskam oczy, próbując złapać ostrość na rzecz. Moim oczom ukazuje się strzykawka, a obok niej mała szklana buteleczka.

I nagle fala wspomnień znowu mnie zalewa, tym razem ukazując oddzielne obrazy.

Zrozumiałam.

~ • ~
Dwa tygodnie wcześniej.




~ • ~

Cześć.
No i jest prolog. Mam nadzieje że trochę Was zaciekawił :)
W następnym poście będą bohaterowie i pierwszy rozdział :D


Zyczę miłego dnia :)
Jess




Tagi: Prologue
10.07.2014 o godz. 16:54
Jess
The usual story
Skąd: Kraina wyobraźni
O mnie: 15- latka i początkująca pisarka.
statystyki